sobota, 24 września 2011

Wodospady

Już ostatni tydzień w drodze. Potrzeba nam dostać się do Salvadoru, skąd jest lot do Europy. Na chwilę jeszcze wstępujemy do Foz do Iguaçu. Po szybkim sprawdzeniu okazało się, że lot liniami urugwajskimi z Montevideo do Foz, a następnie najtańszymi liniami brazylijskimi, jest w niemal tej samej cenie, co lot innymi liniami od razu z Montevideo do Salvadoru.

Wylatujemy z Montevideo, dolatujemy do Foz. Przekraczamy granicę, dostajemy pieczątki w paszporcie po każdej stronie. Hostel jest po stronie brazylijskiej, trzeba za niego płacić w realach. Pozbywamy się wszystkich pesos urugłaszos. Po drodze do hostelu zatrzymuje nas jeszcze motocyklista i mówi, że „tam to nie idźcie, tam nie jest bezpiecznie”. Mam wielką ochotę pójść i sprawdzić, dlaczego.

Wodospady leżą na granicy pomiędzy Argentyną a Brazylią (a za rogiem jest jeszcze Paragwaj). Niektórzy twierdzą, że ładniejsze są argentyńskie, inni że brazylijskie. Postanowiliśmy, że pojedziemy na argentyńską stronę. Trzeba złapać autobus, który jedzie na drugą stronę. Na granicy kierowca nas wysadza tylko po to, żebyśmy mogli dostać pieczątkę w paszporcie. Brazylijczycy, Argentyńczycy i inni mieszkańcy MERCOSUR mogą przejeżdżać na dowód. Daje nam jakiś kwitek na następny autobus i odjeżdża. Następny autobus jest za pół godziny. Czekamy.

W Argentynie w kasie parku można zapłacić tylko w gotówce i tylko argentyńskimi pesos. Po dotarciu do miasteczka jeszcze musimy znaleźć kantor. Z bankomatów nie korzystamy, nauczeni już że w Argentynie banki zdzierają za każdym razem niezłą prowizję.

 
Widok na wodospady wart jest swojej ceny.

W drodze powrotnej znów pieczątki. Wyskakujemy z autobusu, biegiem do okienka po stronie brazylijskiej. Jeszcze należało się upomnieć o papierek imigracyjny, podobno bardzo ważny przy wyjeździe, bo sami by nie dali. Kierowca poczekał na nas. Może dlatego, że było już późno i mógł to być ostatni autobus, a może dlatego, że było nas tylko dwoje. W każdym razie miło z jego strony.

Foz do Iguacu
Drugiego dnia pojechaliśmy ponownie, tym razem na stronę brazylijską.
Moim zdaniem warto obejrzeć obie - w Argentynie podchodzi się bliżej do Gardzieli Diabła i można poczuć bliskość żywiołu i jego siłę, a z kolei od strony brazylijskiej rozciąga się piękny panoramiczny widok na całość.

poniedziałek, 19 września 2011

Buenos Aires

Miasto, które pachnie zielem.
Miasto, w którym muszą uwielbiać protestowanie. Wolno im. Mają demokrację, demonstracje są legalne, więc to robią. Protestują wszyscy. Protestują przeciwnicy, protestują zwolennicy, matki, studenci...
Komunikacja miejska jest tania. W autobusach można płacić tylko drobnymi. Dlatego w sklepach nie rozmieniają drobnych. Można też użyć karty magnetycznej, ale Punkt Sprzedaży Biletów Na Metro i Kart nie sprzeda karty w weekend. W metrze kradną (ale gdzie tego nie robią?). Metro jest w rozbudowie, to w tak jak w Warszawie. Tylko, że metra mają już 5 linii.

środa, 24 sierpnia 2011

Nie zważysz tego ani nie zmierzysz

Kupiłem sobie jako pamiątkę z Brazylii cuię i bombę, w których się pije chimarrão. Świeża cuia, która jest zrobiona ze skorupy owocu porongo, w środku jest biała i jeszcze nie jest gotowa do użycia. Trzeba ją najpierw przygotować, czyli po portugalsku curtar. A tego, jak się to robi, nauczyłem się od prawdziwych Gaúchos. Ponieważ cuie robi się ręcznie z prawdziwych owoców, żadne dwie nie będą identyczne.

Kobieta najpierw do naczynia wsypała trochę żaru z paleniska. Dmuchając i potrząsając wypaliła z dna luźne resztki skorupy. Po chwili wysypała popiół ze środka i dokładnie wyszorowała w środku. Potem mate – nie musi być nowe, i tak nie będzie się tego piło – wzięła to, co pozostało z ostatniego zaparzenia. Napełniła po brzegi i ubiła dokładnie. Zalała dosłownie jednym niewielkim chlustem gorącej wody. Woda zaczęła powoli wsiąkać. Teraz naczynie zostawiliśmy w takim stanie na cały dzień.

Następnego dnia rano powiedziała, że już można wyrzucić ziele. Wziąłem łyżkę, wyrzuciłem zawartość i wyszorowałem w środku. Kolor zmienił się z białego na lekko żółty, w jednym miejscu trochę się przygrzało od popiołu. Pory łupiny wypełniły się zielem. Spojrzała fachowym okiem i stwierdziła: „tá, teraz się nadaje na chimarrão”.

Z własnego doświadczenia: cuię po użyciu, zwłaszcza jeśli przez jakiś czas nie będzie używana, należy dobrze wysuszyć. A najlepiej przechowywać ją w suchym i przewiewnym miejscu. Jeśli się tego nie zrobi, może w środku pojawić się pleśń – w końcu zrobiona jest z naturalnych materiałów.

sobota, 20 sierpnia 2011

Czwartek

Tak się złożyło, ze w najbliższym czasie kilka osób wyjeżdża. Kończy się sierpień, a zawsze tak było, że najwięcej osób przyjeżdżało, jak były wakacje i wyjeżdżali jak tylko się zaczynał semestr. W ten weekend na pewno wyjeżdża Rosjanka, Peruwiańczyk, w poniedziałek Portorykanka, ja w piątek lub sobotę. Aż dziwne mi się wydaje, ze AIESEC nie zrobił nam żadnej imprezy pożegnalnej. U nas to by było nie do pomyślenia ;) Ale oni i tak się nami nie przejmują. Rozmawiałem wczoraj z jednym z członków na temat mojej praktyki. Podsumowałem, że zadania w firmie były ciekawe, rodzina u której mieszkam bardzo mila, natomiast recepcja (czyli to jak się AIESEC zajmuje praktykantami) znacznie poniżej średniej.
Trochę inne mam widocznie oczekiwania tym razem, bo w zasadzie jest mi obojętne, czy się aiesecowcy nami zajmują, czy nie. Praktyka jest krótka (moja najkrótsza), poza tym sam się umiem sobą zająć. Z pewnością, gdybym mieszkał w centrum, miałbym lepszy kontakt z pozostałymi i miałbym większą satysfakcje. Żałuję, że dopiero teraz, kiedy wszyscy wyjeżdżają, mam najlepszy kontakt z reszta.

Dopiero dziś się zgadałem z gościem z Peru, mimo że już za 2 dni wyjeżdża, wiec był tu jakiś czas. Ale do wczoraj go nawet nie spotkałem. Dzisiaj po szkole nadziałem się na niego na mieście i poszliśmy na piwo. Okazało się, ze jest z tego komitetu, w którym kiedyś miałem praktykę.

AIESEC też się zmienia od moich czasów. Zapytałem, jak się zmieniła rekrutacja. Od 2 lat nie jestem już na bieżąco a ścieżka rozwoju ludzi zmieniła się w zeszłym roku. Świat się zmienia, w tej chwili studenci maja inne możliwości i wymagania niż nawet 5 lat temu, kiedy ja studiowałem (Bolonia, pokolenie Y, itp.) Wytłumaczył mi to Guillermo, ten Peruwiańczyk. I teraz to ma sens.

Cafezihno

Brazylia jest jednym z producentów kawy, więc nic dziwnego, że kawa jest popularnym napojem. W przeciwieństwie do herbaty. Kawa pojawia się nawet w nazwie posiłku, śniadanie to po portugalsku cafe-da-manha, czyli dosłownie „poranna kawa”.

Kawa jest serwowana w postaci mocnej, czarnej i słodkiej. Mówi się, że dobra kawa powinna być „gorąca jak piekło, czarna jak diabeł, czysta jak miłość i słodka jak anioł”. Serwuje się ją w termosie z dziubkiem, z którego nalewa się ją do malutkich filiżanek, których wielkość wcale nie powinna dziwić.

Jak zrobić cafezinho? Po pierwsze, nie żałuje się mielonej kawy. Myślę, że ciśnieniowy ekspres do kawy może być za mały. Najprostszy sposób jest identyczny z zasadą działania ekspresu przelewowego – bierzesz odpowiedni lejek (np. ten z ekspresu), stawiasz go na dzbanku, umieszczasz w nim filtr i wsypujesz dużo kawy. Potem zalewasz kawę gorącą wodą. Po zaparzeniu kawy dodajesz cukier, którego też nie żałują. Gotową kawę wystarczy przelać do termosu i podać na stół.
Zamiast lejka i dzbanka, można też użyć odpowiedniego naczynia zwanego kafeterą – dawno, dawno temu widziałem taką w domu, ale pewnie już została wyrzucona.

piątek, 19 sierpnia 2011

Bandyterka

Jeśli myślisz, że w Brazylii są bandziory, to się nie mylisz. Ale gdzie ich nie ma? Każde miasto ma swoją dzielnicę, gdzie lepiej się nie zapuszczać po zmroku. Nie ważne, czy to Praga, czy to Czarnów, czy Rocinha. Swoich raczej nie ruszą, ale obcych...

Ale może być też inaczej. Są miejsca, gdzie ludzie się uśmiechają. Gdzie typ stojący w bramie nie spyta, dlaczego się gapisz, tylko rzuci wszechobecnie „tudo bem?”. Gdzie kierowca się uśmiecha, gdzie człowiek grzecznie przeprosi, że cię potrącił spiesząc się. Gdzie ludzie nie pchają się za wszelką cenę do autobusu, tylko spokojnie poczekają na następny. Gdzie nie każdy, który zagada na ulicy, chce kasy.

Ja wiem, że to może uśpić czujność. Możesz wtedy zapomnieć, że to jednak dzielnica, gdzie podobno biją i kradną. Ale przynajmniej wrócisz uwolniony od dóbr świata doczesnego, komercyjnych produktów Babilonu.

sobota, 6 sierpnia 2011

Curitiba

Kurytyba to, jak dotąd, najładniejsze miasto w Brazylii które widziałem. Centrum jest bardzo nowoczesne, a jednocześnie stare budynki są ładnie wkomponowane. Nie rażą, tak jak w innych miastach, nawet w centrach, nieotynkowane ściany, pomarańczowo-szare gołe cegły, sterczące zbrojenia (bo może się jeszcze jedno pięterko dobuduje), brzydkie afisze malowane farbą na brudnobiałej ścianie. Oczywiście, w Kurytybie też takie miejsca można znaleźć. Na szczęście jest ich na tyle mało, że przy tych wszystkich nowoczesnych lub zabytkowych, a odnowionych budynkach znikają, przestają się rzucać w oczy.

W Kurytybie jest też dużo zieleni, mnóstwo parków. Na jednej mapce turystycznej naliczyłem 10. Jest ogród botaniczny (o tej porze roku mało ciekawy), park niemiecki, włoski, praktycznie każda grupa imigrantów ma swój. Jest nawet polski lasek, ufundowany przez Polonię i upamiętniający wizytę Papieża w 1980 roku. Park Tanguá ze sztucznym wodospadem, park Barigui z zalewem i mnóstwem biegaczy, rolkarzy, rowerzystów.

Mieszka tu dużo Polonii. Chodziłem po mieście szukając polskich akcentów, a jest ich dużo – w nazwach ulic, w pomnikach, w szyldach sklepów. Teraz już nie dziwi, że polski konsulat jest właśnie tutaj.

Właśnie dlatego, muszę dodać, pojechałem do Kurytyby. Na jeden dzień. 850 km w jedną stronę, 14 godzin autobusem. Wyspać się można. Jak mnie skroili w Rio, dopiero później się zorientowałem, że zniknął również paszport. To już większy kłopot. Stąd wyjazd. Ale udało się, od ręki dostałem tymczasowy, planów na dalszą podróż nie zepsuje.

piątek, 29 lipca 2011

Zachciało mi się spaceru

Copacabana jest oświetlona, wszędzie policja, ale to i tak nie pomogło.

Zachciało mi się zrobić wieczorne zdjęcia na plaży. Niestety oddaliłem się trochę od innych spacerujących. Pojawiło się trzech typków, jeden z nich miał nóż kuchenny. Chwycił mnie za rękę, zaczął sprawdzać kieszenie. Drugi w tym czasie przeszukał mi plecak. Dobrze wiedzieli, czego szukali. Nie wzięli żadnych rzeczy o małej wartości. Buty czy woda ich nie interesowała. Z portfela wyciągnęli tylko jakieś drobne, całą resztę zostawili (na szczęście nie straciłem żadnych dokumentów ani kart). Poszedł natomiast telefon z brazylijskim numerem, teraz został mi tylko polski. Poszedł sobie też aparat. Więcej zdjęć już nie będzie.

Najdziwniejsze, że nawet się nie zdenerwowałem. Przestraszyć też nie zdążyłem, tak szybko się wszystko stało. Wkurzyłem się tylko, że dałem się skroić jak jakiś głupi gringo. Straty nie są ogromne, chociaż żal sprzętu.

Rzeka Styczniowa

Pierwszy dzień w Rio poleciałem turystycznie. Corcovado – fajne, kupa ludzi, kolejka do kolejki na szczyt. Udało się wyjechać na górę dopiero po 1,5 godzinie. W sumie zeszło cały dzień.
Wieczorem też klasycznie, najtlajf w Rio. W Lapa są świetne bary, trzeba się tam kiedyś wybrać ponownie.
Dzień drugi, plaża. Takie moje brazylijskie tranquilo. Nie chce mi się spieszyć, łazić w te same miejsca, w które łażą tłumy.

Po pierwszych kilku dniach i przeskakiwaniu z miejsca na miejsce zacząłem mieć dość lotnisk, biegu. W Fortalezie wyhamowałem. Przez trzy dni nie chciało mi się nawet plażować. Dopiero Jericoacoara doprowadziła mnie do porządku. Słusznie zachwalają ją przewodniki i ludzie.

Z polskich akcentów, w Ipanemie stoi pomnik Marszałka:


* Rzeka Styczniowa to po portugalsku Rio de Janeiro.

piątek, 22 lipca 2011

Cisza, ja i czas

Leżę pod palmą na leżaku powoli sącząc caipirinhę i wspominam dawne czasy...

Przypominam sobie, jak pierwszy raz przyjechałem do Warszawy na rozmowę o pracę. Wyszedłem z podziemi Dworca Centralnego nie wiedząc, w która stronę należy iść.
Podobne uczucie miałem w tym miesiącu kilka razy. Przylatuję do obcego miasta, wychodzę z lotniska i nie wiem, czy mam iść w prawo, czy w lewo. Jak dostać się do hostelu? Gdzie jest przystanek autobusów? Czy wszyscy taksówkarze to oszuści i naciągacze?*
Podobno do tego uczucia można się przyzwyczaić po kilku(nastu) miesiącach życia na walizkach. Ja jeszcze się nie przyzwyczaiłem. Nie chcę się przyzwyczajać. Wolę mieć z kim dzielić się smakami, zapachami, upałem, mrozem, pięknymi widokami i niepewnościami co przyniesie nowe miejsce.

Ponieważ jestem prawie na równiku, to dzień przechodzi w noc natychmiast, bez tego całego zmierzchu. Po zachodzie słońca (na który to spektakl miałem dziś miejsce w pierwszym rzędzie. Nasza Gwiazda dała udane przedstawienie tak jak co dzień od 4 miliardów lat) noc zapadła zanim doszedłem do pousady.

Niebo gwiaździste nade mną. Szukam znajomych gwiazdozbiorów, ale nie znajduję. Jestem przecież na południowej półkuli, mimo że blisko równika. Droga Mleczna świeci wskazując drogę. Tylu gwiazd nie zobaczysz w mieście, musisz wyjechać daleko. Mimo wszystko tu, gdzie 15 lat temu była wioska rybacka bez dróg, telefonu i elektryczności, wraz z turystami dotarła elektryczność. Przynajmniej dróg nie ma, piasek pod stopami. Chciałbym kiedyś się wybrać w miejsce, gdzie nie będzie żadnych świateł. Tylko ja, świerszcze i gwiazdy.

Sunset

* Tak, generalnie taksówkarze to naciągacze. Ale potem okazuje się, że to ludzie tacy sami jak ja i ty.

czwartek, 21 lipca 2011

[Jericoacoara, Brazylia]

Odpuszczam sobie Manaus, zostaje dłużej w Fortalezie, potem jeszcze Rio i wracam na południe przed weekendem. Trochę kasa się kończy, a trochę mi się już nie chce wciąż latać do innego miasta, wysiadać na lotnisku i zastanawiać się, czy w lewo, czy w prawo.

Jeszcze z Fortalezy postanawiam skoczyć do Jericoacoary. Według Washington Post, albo jakiejś innej poczytnej gazety, to jedna z dziesięciu najpiękniejszych plaż świata. Gdyby nie książka Beaty Pawlikowskiej, nawet bym o niej nie usłyszał.

W Jeri nie ma dróg asfaltowych, wszystko jest z piasku. Dojechać można z Foralezy (w internetach mnóstwo jest opisów) najpierw autobusem, a ostatni odcinek już trzeba na 4 koła. Jak się rozglądam po wiosce, to widzę same motocykle, quady, małe terenowe samochodziki typu buggy i gdzieniegdzie pickup typu Toyota Hilux. No, ale niczym innym tu nie dojedziesz.

piątek, 15 lipca 2011

Brasília

Brasilia została wybudowana od podstaw zaledwie 50 lat temu. Od razu planowano ją jako miejsce reprezentacyjne, w którym mieszkańcy (m.in. urzędnicy państwowi) powinni mieć wysoki standard życia. W takiej stolicy, planowano, będzie mieszkać co najmniej 500 000 ludzi. Aktualnie mieszka tu około 2 milionów.

Wreszcie zaczynam się orientować w organizacji ulic i adresów. Przez środek biegną dwie przecinające się arterie komunikacyjne. Wzdłuż jednej są dzielnice mieszkaniowe, druga oś (Oś Monumentalna – Eixo Monumental) mieści większość miejsc wartych odwiedzenia:

Biblioteka Narodowa

Muzeum Narodowe

Palacio Itamaraty

Kongres

Przestrzeń pomiędzy ulicami jest podzielona na kwartały. Te kwartały są ponumerowane. Budynki z kolei oznaczone są literami. W centrum, czyli tam gdzie krzyżują się główne arterie, znajdują się całe sektory przeznaczone na hotele (setor hoteleiro), inne są komercyjne, czyli chyba biura lub sklepy. Oddzielny sektor jest dla radia i TV w pobliżu wieży telewizyjnej (cała ma 200 m, na 70 m jest taras widokowy).
Czyli mój hotel, którego adres był podany w ten sposób: SHN Qd 02 Bl N należało odcyfrować jako: Setor Hoteleiro Norte (północny sektor hotelowy – ciągną się po dwóch stronach osi), kwadrat drugi, blok N. Ale gdyby tak napisali na stronie hotelu, to ominęłaby mnie przygoda z szukaniem właściwego adresu przez ponad godzinę. Aha, jeszcze błąd zrobili.

Przy takiej ilości mieszkańców i samochodów Brasilia nie jest jednak zakorkowana. Ulice są wielopasmowe, dwujezdniowe, skrzyżowania są bezkolizyjne, więc ruch odbywa się płynnie. Transport publiczny działa sprawnie, jest dużo autobusów. Z tego co się orientuję, jest nawet metro, ale nim nie jechałem. Za to mało jest przejść dla pieszych, więc trudno przedostać się na drugą stronę tych wielopasmowych ulic. Widziałem w wielu miejscach ludzi przemykających pomiędzy samochodami, sam zresztą też tak robiłem.

Przy okazji, obok muzeum narodowego jest wystawa fotografii z konkursu World Press Photo 2011. Czy styl polskich fotografów jest charakterystyczny? Nie wiem, co jest w nich typowego, ale od razu zwróciłem uwagę na te, które wykonali Polacy – nagrodzono dwóch, za zdjęcia z żałoby po 10 kwietnia, oraz z reportażu z wyścigów w Meksyku.

środa, 13 lipca 2011

Z Porto Alegre do Brasílii

Nienajlepiej się zaczęło. Na początku nie zdążyłem na samolot.

Pobudka o 5, żeby ze wszystkim zdążyć. Śniadanie, o 6.25 byłem już na przystanku. Na dworzec dojechałem za pięć siódma. O siódmej był autobus, ale niestety już wszystkie miejsca zajęte. Jest co prawda następny o 8, ale inna firma i semi-direito, czyli zatrzymuje się w różnych miastach. OK, normalnie jedzie się cztery godziny, ten będzie jechać cztery i pół. Może jakoś zdążę…
Spóźnił się do Porto o co najmniej pół godziny. Czyli zamiast być na miejscu 3 godziny wcześniej, tak jak planowałem, bylem zaledwie godzinę. Dotarłem jakoś na lotnisko, pozostało do odlotu 20 min.
No dobra, kupiłem jakiś w miarę tani lot na następny dzień. Hotelik (dość obskurny) na jedną noc. Tak obskurny, ze rano nawet wody nie było.

Lot do Brasílii przez São Paulo był już bez większych niespodzianek. Przez moment myślałem wprawdzie, że znów przeklnę tą wyprawę, gdy czekając na lot usłyszałem zapowiedź z której zrozumiałem, że lot do São Paulo został odwołany. Cały tłum ruszył z powrotem do hali, więc ruszyłem z nim. Na szczęście nie był to mój lot, tylko wcześniejszy, z tej samej bramki ale inną linią.

Lądując w Rio de Janeiro w nocy, miasto wygląda jak rozrzucone bezładnie mnóstwo światełek. Z kolei Brasília, miasto zaplanowane i wybudowane od podstaw zaledwie 50 lat temu, ze swymi szerokimi, dwupasmowymi i oświetlonymi ulicami przypomina lądowanie na świecącej płytce drukowanej.

Nazewnictwo ulic w Brasílii nie ułatwia znalezienia właściwego adresu. Główne aleje mają kolejne numery zamiast nazw. Pomiędzy nimi znajdują się quadry (kwartały) i superquadry. Wybranie transportu publicznego zamiast taksówki jest co prawda o wiele tańsze, ale oznacza również ciągłe dopytywanie się o drogę w języku, którego się dobrze nie zna.

niedziela, 10 lipca 2011

Wokół Brazylii

Od poniedziałku przez trzy tygodnie planuję objazd Brazylii. O swojej aktualnej miejscówce będę informować na sieciach społecznościowych (twitter, FB). W planie:
(11.07) z Porto Alegre do Brasilii - potem Recife (14.07) - Fortaleza (18.07) - plaża Jericoacoara - Manaus (23.07) - Rio de Janeiro (27.07) - i powrót do Santa Maria ostatniego dnia lipca.

środa, 6 lipca 2011

Chimarrão

Chimarrão, znane również jako yerba mate, piją tutaj wszyscy. Od dziadków aż po wnuki. Jak widać, potrzebne jest odpowiednie naczynie, czyli cuia, rurka zwana bomba oraz dużo tego zielonego.

To zielone, to właśnie ta yerba (lub też erva w Brazylii), czyli susz z ostrokrzewu paragwajskiego (reszta na wiki). Wsypuje się go do ok. 2/3 naczynia, przykrywa, odwraca naczynie i ubija zielsko. Potem trzeba wsadzić rurkę, która jest zakończona sitkiem aby nie wciągać fusów.

O etykiecie picia yerba mate już całkiem sporo w naszym kraju napisano. Rytuał picia chimarrão nie różni się wcale od tego, który jest w Urugwaju czy Argentynie. Najpierw gospodarz zalewa ziele gorącą, ale nie wrzącą wodą. Do tego używają tu takich termosów z pompką, jakie u nas były popularne ze dwadzieścia lat temu. Jak ziele nasiąknie, dolewa wody i wypija pierwszą porcję. To po to, żeby sprawdzić czy nie za mocne lub za gorące. Następnie dolewa znów wody i podaje następnej osobie. Ten, kto pijąc będzie siorbał, wcale nie musi się wstydzić. Tak jest tu przyjęte. To oznacza, że woda się skończyła. Jak się wypije, podaje się cuię gospodarzowi, który doleje wody i poda następnemu. I tak w kółeczku wszyscy po kolei piją – z tego samego kubeczka i tą samą słomką. Przy okazji wszyscy sobie siedzą i gadają. Albo idą do sklepu po zakupy z termosem pod pachą. Albo czekają na autobus. Albo robią to, co im akurat wypadło.


wtorek, 5 lipca 2011

Ryż i fasola, czyli ziemniaki

Podstawą kuchni brazylijskiej jest ryż z czarną fasolą (feijão), która tutaj jest tym, czym w Polsce ziemniaki. Je się je do każdego obiadu. Feijão przypomina gęstą zupę, ale w połączeniu z ryżem nie rozlewa się po talerzu.

Powinienem też wspomnieć o churrasco. Jest to brazylijskie mięso z rusztu. Zaczęło się od pasterzy, którzy piekli mięso bezpośrednio nad ogniskiem. Ta typowa potrawa gauchos, jak nazywani są mieszkańcy Rio Grande do Sul, to kilka rodzajów mięsa. Od kawałków wołowiny, poprzez nóżki kurczaka i kiełbaski aż do serc czy żołądków marynowanych w zalewie czosnkowej. Płacisz raz, a obsługa będzie przynosić ci kolejne kawałki nakładane ze szpady prosto na talerz tak długo, aż będziesz mieć dość. Taki brazylijski all you can eat. Na koniec podawany jest pieczony ananas. Również ze szpady, obtoczony w cynamonie. Ananas jest dobry na trawienie, w dodatku przyrządzony w ten sposób nie ma sobie równych.

wtorek, 28 czerwca 2011

Dziś odmówiono mi sprzedaży piwa w sklepie, gdyż... nie miałem butelki na wymianę. Chciałem zapytać, gdzie taką butelkę mogę zakupić, aby móc ją wymienić. Kasjerka nie sprawiała wrażenia bardzo rozgarniętej, więc prawdopodobnie nie zrozumiałaby mojego portugalsko-hiszpańskiego tex-mex.
Cóż, poszedłem obok. Tam wypisano mi kwit na butelkę, podbito pieczątkę i po kłopocie.

Interesujący fakt - piwo zimne może mieć inną cenę niż piwo ciepłe.

niedziela, 26 czerwca 2011

Rzuć robotę, wyjedź gdzieś daleko

Rzuciłem robotę. Kupiłem bilet w jedną stronę do Brazylii.

Dotarłem na południe kraju. Właśnie zaczęła się zima w Rio Grande do Sul. Siedzę przy ogniu, który pali się w kuchni u goszczącej mnie rodziny, żeby trochę się rozgrzać.
Przygotowują kolację. Rodzina składa się z 5 osób: rodzice/dziadkowie mający po 73 lata, ich córka, 33-letnia Particia oraz dwójka dzieci, siostrzeńców Partycji. Lukas ma 10 lat, Luana ma 3 lata. Luana mnie uwielbia. Jest jeszcze pies, kot i papuga.

Dogaduję się. Patricia słabo mówi po angielsku, ja słabo mówię po portugalsku. Ale jak mówię po hiszpańsku, to rozumieją. Tak, jak na pograniczu Stanów i Meksyku używają mieszanki angielskiego i hiszpańskiego zwanej spanglish, tak ja używam czegoś, co można nazwać portuñol.