W Kurytybie jest też dużo zieleni, mnóstwo parków. Na jednej mapce turystycznej naliczyłem 10. Jest ogród botaniczny (o tej porze roku mało ciekawy), park niemiecki, włoski, praktycznie każda grupa imigrantów ma swój. Jest nawet polski lasek, ufundowany przez Polonię i upamiętniający wizytę Papieża w 1980 roku. Park Tanguá ze sztucznym wodospadem, park Barigui z zalewem i mnóstwem biegaczy, rolkarzy, rowerzystów.
Mieszka tu dużo Polonii. Chodziłem po mieście szukając polskich akcentów, a jest ich dużo – w nazwach ulic, w pomnikach, w szyldach sklepów. Teraz już nie dziwi, że polski konsulat jest właśnie tutaj.
Właśnie dlatego, muszę dodać, pojechałem do Kurytyby. Na jeden dzień. 850 km w jedną stronę, 14 godzin autobusem. Wyspać się można. Jak mnie skroili w Rio, dopiero później się zorientowałem, że zniknął również paszport. To już większy kłopot. Stąd wyjazd. Ale udało się, od ręki dostałem tymczasowy, planów na dalszą podróż nie zepsuje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz